wtorek, 8 grudnia 2020

Znana Historia Panny Evans (005)


Pierwszy mecz Gryfonów zbliżał się wielkimi krokami i treningi quidditcha odbywały się niemal codziennie. Nowa kapitan drużyny Gryffindoru okazała się bardzo wymagająca. Mary, która grała na pozycji obrońcy, często narzekała na zupełny brak zrozumienia z jej strony.

To przestaje być zabawne – warknęła pewnego dnia, zatrzaskując za sobą drzwi dormitorium. – No naprawdę! Wszyscy chcemy wygrać Puchar Quidditcha, ale Clare zdecydowanie przesadza. Wiesz, że kazała przyjść na trening Andy’emu?

To ten nowy pałkarz z trzeciego roku? – zapytała Lily, odkładając książkę na szafkę nocną.

Eche… Biedak ledwie zipie. Na moje oko ćwiczył dzisiaj z czterdziestostopniową gorączką. Mogła go przynajmniej wysłać po eliksir pieprzowy, czy coś… Wariatka. Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy padniemy jak muchy. No bo niby jak mamy być codziennie w szczytowej formie, kiedy wszyscy zakuwają do egzaminów?

Lily pokiwała głową ze zrozumieniem. Wszyscy doskonale wiedzieli, że tegoroczny podstawowy skład był bardzo ryzykowny. Oprócz Jamesa Pottera i Mary, którzy przygotowywali się do owutemów, w drużynie grało troje piątoklasistów, zdających w tym roku SUM-y. Większość zawodników była bliska wyczerpania i od połowy października wspomagała się eliksirem wzmacniającym – specjalnością szkolnej pielęgniarki.

Mary zrzuciła z siebie brudną szatę, ubrała piżamę w grochy i wskoczyła pod kołdrę.

Od razu lepiej – przyznała, przykrywając się po same uszy. – Okropnie przemarzłam. Dobrze, że James pożyczył mi bluzę, bo jeszcze też bym się rozchorowała.

Lily uśmiechnęła się lekko.

Jak wam się razem trenuje? Udało wam się dogadać?

Mary wzruszyła ramionami.

Jest w porządku – przyznała. – Wciąż ze sobą rozmawiamy, jak dawniej, ale James unika tematu związku. Wydaje mi się, że chce przejść do trybu „zostańmy przyjaciółmi”.

Odpowiada ci taki układ?

Nie bardzo, ale jedyne co mogę zrobić, to postarać się mu przypomnieć jak dobrze było mieć taką dziewczynę, jak ja!

Uśmiechnęła się łobuzersko i puściła do przyjaciółki oczko. Lily roześmiała się głośno.

Postawa godna pozazdroszczenia.

A ty? – Mary uniosła się na łokciu, by lepiej się przyjrzeć współlokatorce. – Jak ci się z nim pracuje?

O dziwo, całkiem dobrze. Chyba wziął sobie do serca, że może wylecieć z drużyny, jeśli się nie przyłoży. Naprawdę się stara.

James sumiennie wypełniał swoje postanowienie poprawy. W tygodniu, zaraz po zakończonych lekcjach zamykał się z Remusem w dormitorium, żeby ćwiczyć zaklęcia lub powtarz teorię magii, wieczorem przesiadywał w bibliotece, gdzie Lily pomagała mu w odrabianiu prac domowych. Podjęła się próby odbudowania jego wizerunku w oczach profesora Slughorna i okazała się naprawdę niezłą korepetytorką. Slughorn, zachwycony nowymi talentami swojej ulubienicy, polecił im, żeby kontynuowali wspólne zajęcia, do czasu, kiedy uzna, że Potter opanował cały materiał. Pozwolił jej także zamienić się miejscami z Remusem i podczas lekcji dosiadać do stolika, przy którym pracowali James, Syriusz i Peter, dzięki czemu pozbyła się towarzystwa Snape’a.

Na spotkania przy parującym kociołku umawiali się zwykle w weekendy, kiedy oboje mieli nieco więcej czasu. Po kilku incydentach, w wyniku których udało im się niechcący zadymić pokój wspólny Gryffindoru, wysadzić kociołek pośrodku szkolnej biblioteki i sprowokować Irytka do wylania eliksiru powodującego czkawkę na głowę Filcha, profesor McGonagall wspaniałomyślnie udostępniła im do ćwiczeń klasę transmutacji. Czasem podczas tych zajęć towarzyszyli im Mary, Remus, Syriusz lub Peter, ale większość czasu przesiadywali wyłącznie we własnym towarzystwie i Lily zaczęła poważnie wątpić, czy powtórzyłaby teraz z przekonaniem niedawno wypowiedziane zdanie, że nie będą się w stanie nigdy dogadać.

Zanim się obejrzała, zdała sobie sprawę, że rozmawiają ze sobą ze swobodą i otwartością jaką dawniej dzieliła jedynie z Severusem oraz Mary. Początkowo pogawędki dotyczyły szkoły – omawiali ostatnie zajęcia, komentowali zachowanie nauczycieli, wymieniali poglądy na temat innych uczniów. Z każdym następnym spotkaniem wymiana myśli stawała się coraz bardziej osobista. James opowiedział jej o swojej rodzinie – dziadku, który zabierał go na mecze ulubionej drużyny quidditcha, ojcu, który uczył go pojedynkowania się w tajemnicy przed żoną, i nadopiekuńczej matce. Ona w rewanżu wspomniała o swoich relacjach z siostrą i ze śmiechem powtarzała słowne utarczki babci i ojca. Ku własnemu zdumieniu, stwierdziła, że James Potter jest zupełnie inny, niż do tej pory sądziła. Wiele cech jego charakteru mocno odbiegało od wzorca stworzonego w jej głowie.

Nie pamiętam czasów, gdy rodzice pracowali w fabryce. Ojciec sprzedał firmę zanim się urodziłem – mówił James podczas jednej z sobotnich lekcji, gdy zapytała czy jego ojciec nie żałuje przejścia na emeryturę. – Zawsze mówił, że pociągało go tworzenie i rozwijanie interesu, więc kiedy firma zdawała sobie świetnie radzić bez niego, sprzedał ją z zyskiem. W naszej piwnicy wciąż spoczywa dożywotni zapas „Ulizanny”. Przez pierwsze lata mojego życia matka biegała za mną i zaczesywała włosy z pomocą tego świństwa. Prawie bezwiednie przeciągnął ręką po czuprynie, tworząc na głowie zupełny nieład. Gdy miałem dziesięć lat, niechcący wymieszałem płyn ze składnikami z laboratorium mojego ojca. Matka, pewna że wszystko jest w porządku, zafarbowała mi permanentnie grzywkę na zielono. Ależ była wściekła… Musiała ściąć mi włosy i poczekać aż odrosną. Za to była z tego jedna korzyść nie pozwoliłem jej się więcej zbliżyć do mnie z grzebieniem.

Lily roześmiała się szczerze. Ta anegdota całkiem wiarygodnie tłumaczyła fenomen wiecznie rozczochranych włosów Pottera.

Często wykręcałeś rodzicom takie numery?

James uśmiechnął się łobuzersko.

Taki już mój urok. Kłopoty same mnie znajdują. Rodzice szybko się do tego przyzwyczaili.

Musieli mieć sporo cierpliwości.

Cierpliwość i kłopoty to dwie rzeczy, które przechodzą z pokolenia na pokolenie w naszej rodzinie – odpowiedział z udaną powagą. Dziadek Harry często opowiadał, że ojciec dał mu nieźle popalić, gdy był młody. Wciąż się pakował w jakieś awantury.

W takim razie może jeszcze się przekonasz jak to jest, jeśli twoje dzieci będą ci kiedyś skakały po głowie – stwierdziła Lily, zaglądając do kociołka, w którym bulgotał perłowy eliksir. – A jeśli już mówimy o kłopotach, to powinieneś wymieszać dokładniej ten wywar, bo się zważy. Możesz też mieć wzgląd na moją cierpliwość i postarać się tym razem niczego nie wysadzić.

James skrzywił się nieznacznie, ale posłusznie chwycił za chochlę i powoli zamieszał w kociołku.

Hej, Rogaczu!

Drzwi klasy otwarły się z cichym skrzypieniem i do środka wpadł Peter Pettigrew. Zdawał się być czymś bardzo przejęty. Tiara na jego płowej czuprynie była nieco przekrzywiona, jakby ubierał się w pośpiechu.

Co jest? – zapytał James, zerkając w jego kierunku. – Pali się, czy co?

Nie, nie. – Peter potrząsnął głową, a na jego pucułowatej twarzy pojawił się przepraszający uśmiech. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że Clare wyszła już z wieży i poszła na stadion. Szukała cię w dormitorium. Wkurzała się, że cię nie ma.

James zaklął pod nosem.

Muszę iść na trening – oznajmił, spoglądając na zegarek. – Clare mnie zabije, jeśli znowu się spóźnię.

Mary wspominała, że nieźle was ostatnio tresuje – westchnęła cicho Lily.

Nawet sobie nie wyobrażasz…

Mary też już już poszła na boisko. Zabrała twoją miotłę – zaszczebiotał Peter, zaglądając do kociołka. – Co to?

Na twoim miejscu, Glizdogonie, nie zbliżałbym się za bardzo – rzucił od niechcenia James, po czym ze spokojem zabrał się za sprzątanie.

Dlaczego?

Bo to już drugie podejście do tego eliksiru, a poprzednia próba skończyła się zeskrobywaniem jego resztek z sufitu.

Peter pisnął cicho i szybko cofnął głowę.

Nie martw się – powiedziała Lily, klepiąc Petera po ramieniu. – To tylko eliksir uspokajający. I naprawdę nieźle ci wyszedł, James. Slughorn będzie zadowolony. Czekaj, pomogę ci to sprzątnąć.

Zabrała się za zakręcanie słoików z ingrediencjami, podczas gdy James usiłował zebrać rozrzucone notatki.

Dzięki – mruknął Potter. – Slughorn chce żebym zaliczył w poniedziałek następny test. Myślisz, że zdam?

Jasne, jesteś całkiem niezły, gdy uważasz na to co robisz. Zbyt łatwo się rozpraszasz. Jeśli będziesz skupiony, wszystko będzie dobrze.

James wrzucił rzeczy do torby i wyciągnął swoją różdżkę, żeby oczyścić stolik z resztek ślimaczego śluzu. Jednym zręcznym ruchem usunął zabrudzenie, po czym zabrał się za przestawianie ławek, które złączyli dla większej wygody. Lily rozejrzała się uważnie po klasie. McGonagall dała by im popalić, gdyby zostawili bałagan, ale wszystko zdawało się być na swoim miejscu.

Chodźmy już – ponaglił ją James, wskazując nerwowym ruchem drzwi klasy.

Kiwnęła głową i wszyscy troje skierowali się do wyjścia. O tej porze dnia korytarze były zupełnie opustoszałe. Echo ich kroków odbijało się od nagich ścian zamku.

Powinienem się przebrać, ale chyba nie zdążę – mruknął Potter, gdy zatrzymali się przy schodach prowadzących w górę, do wieży Gryffindoru. – Wracacie do pokoju wspólnego?

Nie wiem – odpowiedziała szczerze Lily.

Nie miała planów na resztę wieczoru. Stos ukończonych prac domowych leżał bezpiecznie w dormitorium i po raz pierwszy od wielu tygodni miała trochę wolnego czasu. Mogła zająć się tym, na co miała ochotę.

Mogę iść z tobą? – zapytał Peter. – Łapa i Lunatyk znowu gadają o pe…

Przez ułamek sekundy twarz Jamesa wykrzywił grymas, ale szybko się opanował.

Przecież wiesz jak lubią grać w szachy – przerwał mu szybko. – Powinieneś przyzwyczaić się, że ciągle o tym gadają.

Peter zmieszał się trochę i zerknął z lękiem na Lily, która przenosiła wzrok to na jednego, to na drugiego.

Jasne. Tylko to straszne nudy – powiedział szybko. To jak? Mogę iść z tobą?

James wzruszył ramionami.

Jeśli nie macie nic do roboty, możecie oboje pójść ze mną – zaproponował, starając się by jego głos zabrzmiał lekko i niezobowiązująco. – Zdaje się, że to jeden z ostatnich ciepłych dni w tym roku. Warto się trochę przespacerować, przewietrzyć się…

Lily nie zastanawiała się długo. Dawno nie wychodziła z zamku. Ta niespodziewana okazja była bardzo kusząca. Poza tym, już dawno chciała zobaczyć jak Mary sobie radzi na boisku. Dołączyła do drużyny dopiero w zeszłym roku. W tamtym okresie Lily starannie unikała treningów quidditcha. Nie chciała odgrywać roli przyzwoitki swojej przyjaciółki.

Chętnie – odpowiedziała po chwili wahania.

James uśmiechnął się z zadowoleniem i machnął zachęcająco ręką w stronę schodów prowadzących na dół do holu i wejściowych drzwi. Wyszli razem na szkolne błonia i skierowali się w stronę stadionu. Była piękna pogoda, wymarzona na trening. Słońce zniżało się powoli nad horyzontem, rzucając długie cienie na równo przyciętą murawę, a ciepły, jesienny wiatr smagał ich twarze.

Gdy tylko pojawili się na boisku, natychmiast przywitał ich gniewny okrzyk Clare.

Gdzieś ty był, do stu tysięcy mioteł?! Już od pięciu minut powinieneś być w powietrzu – krzyczała, machając do Jamesa z drugiego końca boiska. – Trzy okrążenia karne i na miotłę!

Lily zerknęła na towarzysza, który zdawał sobie nic nie robić ze słów pani kapitan. Na jego twarzy błąkał się lekki uśmieszek.

Chyba przydałoby jej się trochę twojego eliksiru uspokajającego powiedziała konspiracyjnym szeptem.

Potter zatrzymał się przy trybunach, na których zwykle zasiadali kibice Gryffindoru i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Musiałaby wypić całe wiaderko – mruknął. – Chyba jest wściekła od urodzenia.

Lily rozejrzała się w poszukiwaniu Mary. Dosiadała już miotły i szybowała wysoko nad boiskiem. Na ich widok pomachała ręką i zniżyła lot.

Twoja miotła leży w szatni. Zabieraj cztery litery i chodź! – krzyknęła do Jamesa, szczerząc zęby w uśmiechu.

Lepiej faktycznie już idź – mruknął Peter. – Clare wygląda, jakby miała za chwilę eksplodować. Jest czerwona jak burak.

Wszyscy troje spojrzeli w stronę pani kapitan, która nadal wymachiwała groźnie rękami.

Jak mus, to mus – westchnął James.

Zaczekamy na was na trybunach – dodała Lily. – Potrzymać ci rzeczy?

James podziękował im krótko, podał Peterowi swój torbę i ruszył przez boisko w kierunku pozostałych zawodników. Lily obserwowała jak dosiada swojej sportowej miotły i wzbija się w powietrze. Przez pewien czas Clare próbowała zmusić Pottera, by wrócił na ziemię i przebiegł karne okrążenia, ale po pięciu kolejnych, straconych minutach, dała w końcu za wygraną.

Lily i Peter weszli ostrożnie po schodkach na wyższe stopnie trybuny. Przysiadła na jednej z ławek. Jej towarzysz kręcił się przez chwilę niezdecydowany, po czym wrzucił torbę Jamesa na siedzenie obok niej i wdrapał się do wyższego rzędu, żeby lepiej widzieć.

Spojrzeli w górę. Siedem postaci na miotłach ćwiczyło właśnie jakiś wyjątkowo trudny zwodniczy manewr. Peter wydawał się być o wiele bardziej doświadczonym kibicem. Już po chwili zaczął wykrzykiwać zagrzewające hasła i radośnie klaskać w dłonie. Gdy James wykonał wyjątkowo zgrabną pętlę w powietrzu, podskoczył z radości i…

ŁUP!

Torba Jamesa spadła z hukiem z siedzenia, rozsypując swoją zawartość pod nogami Lily. Peter pisnął przerażony i rzucił się do przodu, żeby pozbierać rzeczy.

— Rogacz mnie zabije – pisnął, gdy zobaczył rozbite słoiki. – Potrzebuje tego na egzamin.

Lily westchnęła cicho. Peter zwykle miewał pecha. Prowokował najróżniejsze, dziwne wypadki.

Nie martw się – powiedziała, schylając się, żeby mu pomóc. Przyjrzała się uważnie pozostałościom po ingrediencjach. – Wygląda na to, że pojemniki popękały, ale zawartość się nie uszkodziła. Może coś się uda uratować. A jeśli nie, pożyczę mu na test moje składniki, a w tym czasie zamówi się nowe przez sowią pocztę.

Wyjęła różdżkę. Z łatwością naprawiła pęknięte szkło i zaczęła zbierać z ziemi liście i kwiaty ślazu. Większość rzeczy udało się odzyskać. Wyglądało na to, że Peter miewał jednak czasem trochę szczęścia.

Umieścili z powrotem w torbie wszystkie książki, pióra i pojemniki.

Lepiej zaniosę to do dormitorium – mruknął Peter. – Jeśli znikną prace domowe Rogacza, nic i nikt mnie już nie uratuje, a z moim szczęściem… – Urwał. Wyglądał na przestraszonego. – Nie powiesz mu, prawda?

Nie powiem – obiecała Lily.

Dzięki. – W jego głosie pobrzmiewała nuta ulgi.

Chłopak chwycił plecak przyjaciela i rzucił się biegiem w dół po schodach, a następnie przebiegł murawę boiska. Lily patrzyła za nim, dopóki nie zniknął jej z oczu. Zastanawiała się przez chwilę czy nie pójść za nim, gdy jej wzrok padł nagle na coś ciemnego leżącego pod ławką.

Była to mała, niepozorna skrzynka wielkości cegły. Schyliła się i podniosła ostrożnie pudełeczko wykonane z ciemnego, niemalże czarnego drewna. Było proste, bez zdobień i zbędnych okuć. Jedynie na wieku mieniła się złocona litera „P”, a pod nią siedem maleńkich symboli runicznych. Po raz pierwszy naprawdę ucieszyła się, że przez krótki okres czasu chodziła na zajęcia ze starożytnych runów. Nie była w stanie odczytać całego napisu na wieku, ale z całą pewnością rozpoznawała dwa symbole oznaczające pamięć.

Obróciła przedmiot w palcach, czując jak ciepły prąd przeszywa jej dłonie. Usiadła z powrotem na swoim miejscu. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej, że powinna pójść za Peterem i wrzucić skrzynkę do torby Jamesa. Przez chwilę walczyła z pokusą. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, położyła pudełko na kolanach i ostrożnie je otworzyła.

Skrzynka musiała być otoczona silnymi czarami zwiększająco-zmniejszającymi. Wewnątrz znajdowało się kilka przegródek wypełnionych przedmiotami najróżniejszych rozmiarów i kształtów.

W największej części spoczywał starannie złożony srebrzysty materiał. Lily przesunęła po nim ręką. Wydał jej się bardzo delikatny, jakby utkany z cienkich, miękkich włókien. Mienił się pięknie nawet przy lekkiej zmianie ułożenia. Przez moment zastanawiała się, czy nie wyciągnąć go z pudełka, ale szybko zrezygnowała. Taki piękny, lśniący przedmiot zwróciłby uwagę wszystkich na boisku.

Przyjrzała się uważnie pozostałym przegródkom. Było tam niewielkie prostokątne lusterko, pęk zaadresowanych kopert – najpewniej zawierających listy – stos czarno-białych fotografii, złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie drapieżnego ptaka, srebrny sygnet z czarnym kamieniem, pusty kawałek nowego pergaminu oraz stos miniaturowych notesików w czarnej, skórzanej oprawie.

Drżącą ręką wyciągnęła książeczki, które leżały na wierzchu i ze zdumieniem spostrzegła, że natychmiast powiększyły się w jej dłoniach. Przypominały teraz zwykłe dzienniki. Każdy opatrzony był złotym napisem wykonanym innym charakterem pisma, niż pozostałe. Na jednym z nich, niewątpliwie bardzo starym, ponieważ jego kartki mocno pożółkły, widniało nazwisko „Iolanthe Peverell”, na pozostałych zaznaczono różnych członków rodziny Potterów.

Bez trudu rozpoznała staranne, równe pismo Jamesa i serce zabiło jej mocniej. Odłożyła ostrożnie wszystkie pozostałe notesy i zamknęła skrzynkę. Zmagała się z własną ciekawością. Jej sumienie krzyczało, że to co robi, jest nie w porządku, ale notes kusił ją swoją tajemniczą zawartością. Przekartkowała go ostrożnie. Był zapisany tylko w części.

Wiedziała, że nie powinna czytać prywatnych zapisków. W nagłym przypływie skrupułów zamknęła go gwałtownie. Spośród kartek zeszytu wypadł kawałek pergaminu i łagodnymi łukami sfrunął kilka rzędów niżej. Uświadomiła sobie nagle, że strasznie narozrabiała otwierając skrzynkę. Nie wiedziała, co tak naprawdę zawierało to pudełko, ale wszystko wskazywało na to, że to jakieś ważne pamiątki i dokumenty. Jeszcze tego brakowało, żeby coś zgubiła.

Wepchnęła szybko pojemnik i notes do własnej torby. Przez ułamek sekundy bała się, że wiatr porwie pergamin i rzuciła się pędem w jego kierunku. Chwilę później trzymała go w rozdygotanej ręce.

Jeśli to lista zakupów, naprawdę się wkurzę – mruknęła do siebie, po czym wygładziła kartkę i przyjrzała się jej uważnie.

Pobladła, uświadamiając sobie na co patrzy. Była to stronica wyrwana niedbale ze starej książki. Choć tekst nie był w języku angielskim, na pierwszy rzut oka można było poznać, że jest to przepis na eliksir wymagający bardzo wielu składników. Instrukcja opatrzona została odręcznymi notatkami dwóch osób. Rozpoznała duże, okrągłe litery nakreślone ręką Jamesa i drobne pismo Blacka. Na dole strony widniała ilustracja...

Czarodziej wijący się z bólu. Okaleczony. Rozerwany… W połowie człowiek – w połowie zwierzę. Okropny, straszy obraz połowicznie dokonanej transmutacji.

Wzdrygnęła się.

To nie mogły być dobre czary.

Nigdy nie podejrzewała Pottera o stosowanie czarnej magii. Czyżby pomyliła się co do niego? Dawniej zdarzało mu się dręczyć Ślizgonów, ale od dawna nie brał udziału w żadnym incydencie. Sądziła, że przeszła mu ochota na dziecinne kłótnie. Że wydoroślał, ogarnął się… A jeśli to miał być jakiś okrutny żart? Czy to możliwe, żeby planował z Blackiem jakiś nowy kawał?

Nie.

Nie wierzyła, żeby był zdolny do stosowania czarnej magii dla kawału. Wydawał się być dobrym człowiekiem. Poza tym, eliksiry nie były jego mocną stroną.

Jej myśli gnały szybko, podsuwając coraz to nowe wizje. Pozwoliła swojej wyobraźni błąkać się przez dłuższą chwilę w okolicach absurdu, po czym skarciła się surowo. Zawsze była rozsądna. Nie pozwoli sobie na domysły. Złożyła pergamin i wsunęła go do kieszeni, przysięgając sobie w duchu, że poszuka w bibliotece słowników, żeby przetłumaczyć tekst przy najbliższej okazji. Albo znajdzie jakieś sensowne wyjaśnienie, albo pójdzie do Pottera i zapyta go wprost co to takiego – nawet, jeśli będzie musiała się przyznać do tego, że grzebała w jego rzeczach.

Wróciła na swoje miejsce i z nowym zainteresowaniem wyciągnęła dziennik Jamesa. Otworzyła go na pierwszej stornie. Były tam notatki z marca 1966 roku zapisane niewprawną ręką dziecka. Parę stron dalej zapiski dotyczyły już kolejnych lat.

A więc James nie prowadził codziennych wpisów, notował tylko wybrane wydarzenia. Istniała szansa, że nie zauważy braku dziennika przez parę najbliższych dni. Zawahała się po raz ostatni i podjęła decyzję.

Schowała zeszyt między własne książki.

sobota, 28 listopada 2020

Znana Historia Syriusza Blacka (001)

Przyjęcie


30 sierpnia 1971

Jeśli jeszcze raz usłyszę o Orderze Merlina, to przyrzekam, że nie wytrzymam i trzasnę kogoś „Genealogią Czarodziejów”. Naprawdę nie rozumiem, po co to wszystko. Przyjęcia, sztuczne uśmieszki, nudne prezenty… A wszystko dlatego, że starszawy czarodziej sypnął groszem na kampanię przeciwko wilkołakom. Paranoja! Nie dają człowiekowi o tym zapomnieć.

Matka oczywiście nie mogła pozostać dłużna ciotce Lukrecji. To jakaś niezdrowa rywalizacja, daję słowo. W tym roku ona organizuje przyjęcie urodzinowe dziadka Arkturusa. Ma być „niezapomniane”. I jeszcze – „z klasą, jak na kawalera Orderu Merlina przystało”. Czyli jednym słowem: nudne. Zjedzie się pół rodziny, będą rozmawiać o polityce, głupocie mugolskiego premiera, dalekim świecie i złotych galeonach… No bo jak tu żyć bez galeonów?! Bleee… Nie mam najmniejszej ochoty schodzić na dół. Może by tak symulować chorobę? Nie… Matka wyczuwa kłamstwo na odległość pięćdziesięciu stóp. Trzeba będzie jakoś…


Rozległo się pukanie i drzwi otworzyły się z cichym jękiem. Walburga Black miała denerwujący zwyczaj wchodzenia do pokoju bez zaproszenia.

Gotowy? – zapytała, unosząc jedną brew.

Z całą pewnością było to pytanie retoryczne. Syriusz leżał rozparty na poduszkach, nie dbając o to, że gniecie świeżo uprasowaną szatę wyjściową. Łypnął na matkę spode łba, odłożył pióro i zatrzasnął szkarłatną książeczkę, którą trzymał w rękach.

Jak ty wyglądasz – warknęła. Sama ubrana była w długą ciemnozieloną suknię, a włosy spięła w wytworny kok. – Złaź z tego łóżka!

Syriusz podniósł się niechętnie i wygładził przód swojej szaty.

Przyjdzie sama minister magii – poinformowała. – To bardzo ważny dzień. Musisz się dobrze zaprezentować.

Wyciągnęła różdżkę i zaczęła prostować zagniecenia na jego ubraniu.

A po co? – mruknął.

Po co? – Pani Black wyglądała na zszokowaną. – Twój dziadek właśnie otrzymał Order Merlina! – wykrzyknęła takim tonem, jakby to było oczywiste.

Syriusz nagle zamarzył, by chwycić w ręce egzemplarz „Genealogii”, który spoczywał teraz w salonie.

Nosisz nazwisko szanowanego czarodzieja, młody człowieku. To zobowiązuje. – Odetchnęła głośno i nagle jej głos złagodniał. – Niedługo sam będziesz miał okazję się wykazać – zaszczebiotała, głaszcząc go po policzku. – Hogwart zyska wspaniałego ucznia, jestem pewna.

Uśmiechnął się lekko z zakłopotaniem. Wcale nie był pewien, czy cieszy się, że zaczyna szkołę. Oczekiwano od niego ponadprzeciętnych osiągnięć, miał przynosić chlubę rodzinie, musiał dorównać starszemu kuzynostwu… Już sama perspektywa, że wszyscy będą patrzeć mu na ręce, była przerażająca.

Nie wiem, czy dam radę – przyznał się, nie patrząc matce w oczy.

Ależ oczywiście, że dasz – prychnęła. – Jesteś Black! Cała nasza rodzina ukończyła tę szkołę. – Po raz ostatni spojrzała mu w twarz i wróciła do prostowania szaty i poprawiania kołnierza. – Slytherin już cię nauczy, jak sobie radzić w życiu.

Nie był przekonany, czy Slytherin nauczy go czegokolwiek. Patrząc na zachowanie niektórych członków rodziny, śmiał w to wątpić. Nie było jednak sensu sprzeczać się z matką. Nazwisko Black wiele znaczyło w świecie czarodziejów i nieodłącznie wiązało się z byciem Ślizgonem.

Pani Black chwyciła go za ramiona i przyjrzała się uważnie.

No! W końcu wyglądasz jak prawdziwy czarodziej – powiedziała z dumą.

Gdzieś z dołu dobiegł ich dźwięk dzwonka.

Och, to pewnie Lukrecja i Ignatius – zawołała, przygładzając swoje schludnie zaczesane włosy, i wybiegła z pokoju.

Syriusz westchnął cicho i odwrócił się twarzą do dużego lustra stojącego w kącie. Prezentował się nieźle, ale nie dostrzegł większej różnicy między ubiorem codziennym a wyjściowym. Nigdy nie przeszkadzały mu eleganckie ubrania, w które nagminnie wpychała go matka. Nie miał też problemów z prezencją i pewnością siebie. Nauczono go poruszać się z wdziękiem, unosić wysoko głowę i być dumnym ze swoich arystokratycznych korzeni. Czuł się ze sobą dobrze.

Ktoś roześmiał się głośno na klatce schodowej i chwilę później rozległy się stłumione głosy dobiegające z salonu. Zaczęli zbierać się goście. Rzucił ostatnie rozpaczliwe spojrzenie na książeczkę spoczywającą na łóżku i wyszedł na korytarz. Jeszcze tylko trochę i będzie to miał za sobą.

Schodził po stopniach na półpiętro, gdy skrzypnęły zawiasy i z pokoju Regulusa wysunęła się czarna czupryna.

Zaczęło się? – Młodszy braciszek był wyraźnie podekscytowany.

Pytasz o ten cyrk? – Syriusz wskazał podbródkiem niższe piętro. – Na to wygląda.

Oooo… – zawył z radości Regulus. – To poczekaj na mnie, zejdziemy razem.

Zniknął za drzwiami, by po chwili pojawić się w nienagannie wyprasowanej szmaragdowej szacie. Wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu.

Naprawdę nie wiem, z czego się tak cieszysz – mruknął Syriusz z dezaprobatą.

Jak to z czego! – pisnął. – Będzie wujek Alfard.

Alfard Black, młodszy brat pani Black, był ulubionym wujkiem Syriusza i Regulusa, ale nie widywali go zbyt często. Przypuszczali, że to właśnie matka ograniczała ich spotkania. Wesołe usposobienie oraz nieprzeciętny talent zabawiania i rozśmieszania ludzi nie pasowały do wizerunku czarodzieja z arystokratycznej rodziny. Bardzo szybko wymknął się spod skrzydeł surowej i nadopiekuńczej siostry i zaczął głosić własne – nie koniecznie zgodne z opinią Walburgi – poglądy. Rodzina przymykała na nie oczy jedynie ze względu na jego rozległe znajomości zawarte podczas licznych wizyt towarzyskich i niemały stos złota w skrytce u Gringotta.

Drzwi do salonu były otwarte. Tuż przy wejściu natknęli się na grupę czarownic i czarodziejów w granatowych szatach Zjednoczonych z Puddlemere, która komentowała donośnie ostatni mecz, naśmiewając się z przeciwnej drużyny. Syriusz nie zdziwiłby się, gdyby matka zaprosiła całą reprezentację Anglii. Przemknął pod wyciągniętą ręką żywo gestykulującego szukającego i stanął pośrodku salonu, rozglądając się wokoło.

Przyszło chyba pół Londynu i prawie wszyscy, którzy znaczyli coś w ich zamkniętym święcie czarodziejów. Ludzie tłoczyli się we wszystkich kątach, a gwar narastał z każdą minutą. Pod oknem dostrzegł wuja Cygnusa i ciotkę Druellę dyskutujących z wysoką blondynką, w której Syriusz rozpoznał minister magii. Dalej stał Rufus Scrimgeour, Bartemiusz Crouch i grupa świeżo upieczonych aurorów. Byli także Alastor Moody, Kingsley Shacklebolt, Dolores Umbridge i Barnabasz Cuffe – pracownik Proroka Codziennego.

To właśnie dzięki Prorokowi Syriusz znał ich wszystkich. Ostatnimi czasy zaczytywał się w obszernych artykułach o Ministerstwie, aurorach i nowych przepisach. Nawet on nie był tak głupi, żeby nie zorientować się, że coś się dzieje. Ministerstwo zaostrzało stopniowo środki bezpieczeństwa i co jakiś czas ogłaszało nabór nowych aurorów. Nawet w domu zaczęto głośno dyskutować o polityce, choć do tej pory ojciec upierał się, że to nie są sprawy dla dzieci i ucinał rozmowę za każdym razem, gdy wchodzili z Regulusem do pokoju. Na scenie Ministerstwa pojawili się nowi aktorzy i nawet rodzice nie kryli zadowolenia z tego powodu.

Coś taki zadumany? – usłyszał melodyjny głos nad swoim uchem.

Odwrócił się tak gwałtownie, że omal nie zderzył się z wysoką brunetką, która stała tuż za nim.

Andromeda! – krzyknął i wyszczerzył zęby. – Nie wiedziałem, że też przyjdziesz.

Andromeda uśmiechnęła się lekko.

Nie lubię takich uroczystości, ale… – urwała. – Muszę z tobą porozmawiać, masz chwilę?

Syriusz kiwnął głową i wskazał jej odległy kąt. Andromeda zachowywała się dziwnie, wyglądała na trochę przestraszoną. Rozejrzała się dokoła i pociągnęła Syriusza za sobą. Stanęli na uboczu.

Wiesz, że skończyłam w tym roku szkołę? – zapytała po chwili.

No… wiem – przyznał, choć nie bardzo wiedział dlaczego o to zapytała. Ciotka Druella chwaliła się tym przy każdej nadarzającej się okazji. – Coś nie tak?

Andromeda zaczerwieniła się lekko.

Nic się nie stało – odpowiedziała, ale jej ton wskazywał na coś zupełnie innego. – Chodzi o to, że… że ja poznałam w szkole pewnego bardzo sympatycznego chłopca.

Syriusz poczuł, jak pocą mu się ręce. Chyba nie zamierzała prosić go o porady sercowe? Ostatecznie miał dopiero jedenaście lat.

Yhm… – mruknął. – No… No i?

Och… – jęknęła. Chyba nie czuła się komfortowo w tej sytuacji. – Powiem krótko – wypaliła w końcu. – Ted pochodzi z rodziny mugoli. I… I oświadczył mi się.

Syriusza zamurowało. Andromeda miała dopiero osiemnaście lat, ale to nie to było najgorsze. Nosiła nazwisko Black. Wujek Cygnus nigdy nie zgodziłby się na ślub jej córki z czarodziejem, który urodził się w rodzinie pozbawionej mocy. To było jasne nawet dla jedenastoletniego Blacka.

Zgodziłaś się? – zapytał cicho.

Tak – przyznała. – I właśnie dlatego musiałam się dzisiaj tutaj pokazać. Chciałam się pożegnać.

Pożegnać – powtórzył nieprzytomnie Syriusz.

Znasz moich rodziców – powiedziała Andromeda przepraszającym tonem. – Nie zgodzą się. A ja nie mam zamiaru rezygnować ze szczęścia, nawet jeśli im się to nie podoba. – Uśmiechnęła się do niego. – Jesteś moim ulubionym kuzynem, Syriuszu, a ja musiałam to komuś w końcu powiedzieć. Wiem, że mnie zrozumiesz.

Starał się zrozumieć. Wyglądało na to, że uciekała przed przekleństwem nazwiska Black. Już niedługo zostanie nieznaną nikomu Andromedą i będzie szczęśliwa u boku jakiegoś normalnego czarodzieja. Odwzajemnił uśmiech.

W takich sytuacjach chyba wypada powiedzieć, że się gratuluje, prawda? – powiedział z zakłopotaniem. – Dasz sobie radę – dodał, patrząc jej w oczy. – Tylko… Tylko szkoda, że odchodzisz.

Uścisnęła go przyjaźnie.

Nie wiem, kiedy się znowu zobaczymy, ale przecież nie znikam na zawsze. No i będziesz mógł nas odwiedzać. Ted na pewno nie będzie miał nic przeciwko.

Napiszesz do mnie? – zapytał z nadzieją.

Jak tylko jakoś to sobie poukładam – obiecała.

Potargała mu ręką włosy i odeszła.

Patrzył za nią przez chwilę. Nie była podobna do swoich sióstr. Odszukał wzrokiem Bellatrix. Znalazł ją pogrążoną w rozmowie ze swoim narzeczonym – Rudolfusem. Przypominała wyglądem swojego ojca. Gdyby jej nie znał, uznałby ją z pewnością za wspaniałą młodą kobietę. Miała czarne włosy i piękne ciemne oczy, ale niesamowicie jadowity charakter. Była zupełnym przeciwieństwem Andromedy, która zawsze każdemu służyła pomocą. No i nie znosiła go równie mocno, jak on jej.

Narcyza również pojawiła się na przyjęciu i nie omieszkała przyprowadzić ze sobą swojego chłopaka. Syriusz nie do końca był świadomy tego, co tak naprawdę o niej myśli – była osobą podatną na sugestie i manipulacje obu swoich sióstr. Natomiast niechęci do Lucjusza nigdy nie ukrywał. Przyzwyczajono go do obecności osób przekonanych o swojej wyjątkowości, ale ego towarzysza Narcyzy przerastało najśmielsze wyobrażenia.

Para wkroczyła do salonu z dumnie zadartymi głowami i niemalże natychmiast z drugiego końca pokoju dobiegł donośny głos wuja Cygnusa:

A ta urocza blondynka to właśnie moja najmłodsza córka. Poznała już pani młodego pana Malfoya? To przyszłość naszego świata…

Syriusz nie usłyszał jednak, co takiego może wnieść Lucjusz Malfoy do świata czarodziejów, bo dostrzegł w końcu osobę, której tak długo szukał. Wujek Alfard rzeczywiście został zaproszony na przyjęcie. Regulus uwiesił się rękawa jego szaty i obaj zaśmiewali się teraz ze srebrnej popielniczki, która pełzała za szklanymi drzwiczkami jednej z szafek. Ruszył z uśmiechem w ich stronę.

Nie udało mu się jednak przejść nawet połowy dzielącego ich dystansu, gdy poczuł silny uścisk i ktoś szarpnął go za ramię.

Tu jesteś!

Walburga Black wyglądała na zdenerwowaną.

Czekam tu na ciebie od pół godziny, a ty się gdzieś szwendasz. Jak ty wyglądasz… – jęknęła, zerkając na jego włosy, które przed chwilą potargała Andromeda.

Przygładził je nerwowo ręką.

Andromeda mnie zatrzymała – przyznał cicho.

Chodź, muszę przedstawić cię kilku osobom. Kontakty w życiu są bardzo ważne, zapamiętaj!

Pchnęła go w kierunku grupy ludzi siedzących wokoło niewielkiego stolika. Rzucił ostatnie spojrzenie w stronę wuja, który pokazywał właśnie Regulusowi zaklęcie rozweselające, testując je na jakiejś czarownicy.

Następne półtorej godziny były dla niego prawdziwą katorgą. Dziesiątki twarzy przewinęło mu się przed oczami, nazwiska wypadały z pamięci i tylko wlókł się za matką, kłaniając się raz po raz „kontaktom”. W ten sposób poznał masę ważnych, ale niekoniecznie interesujących osób – poczynając od minister magii, a kończąc na żywo gestykulującym szukającym Zjednoczonych.

Profesorze Slughorn – zawołała radośnie pani Black, gdy po raz kolejny do pokoju wsypała się nowa grupka czarodziejów. – Jak miło, że przyjął pan zaproszenie.

Profesor Slughorn okazał się otyłym mężczyzną w podeszłym wieku. Na jego pękatym brzuchu opinała się jedwabna kamizelka ze złotymi guzikami. Poruszył nerwowo wąsami i uśmiechnął się szeroko.

Dobry wieczór, pani Black – przywitał się. – Wizyta u państwa to prawdziwa przyjemność.

Uściskał serdecznie dłoń gospodyni, po czym zwrócił swoje małe oczka na Syriusza.

To mój pierworodny syn, Syriusz – przedstawiła chłopca, widząc na kogo patrzy profesor. – Imię dostał po swoim pradziadku.

Tak, tak… – profesor Slughorn uśmiechnął się szeroko. – Wielki człowiek, wielka rodzina.

Walburga zarumieniła się z radości.

To kiedy do Hogwartu, chłopcze? – Profesor Slughorn zwrócił się do Syriusza.

Syriusz spojrzał pytająco na matkę.

Profesor Slughorn uczy w Hogwarcie, jest opiekunem Slytherinu – wyjaśniła pani Black, po czym zwróciła się do profesora: – Syriusz dostał list w tym roku, zaczyna naukę od września.

Wspaniale! – wykrzyknął Slughorn. – Słyszałaś, Minerwo? Młody pan Black zaczyna w tym roku Hogwart. Może trafi do któregoś z naszych domów.

Wysoka, czarnowłosa czarownica, z którą przybył Slughorn, odwróciła się w ich kierunku. Miała srogie spojrzenie i wyjątkowo wąskie usta, ale Syriusz poczuł do niej nutę sympatii, gdy tylko się odezwała.

Chętnie powitam go w swoim domu, jeśli taka będzie decyzja Tiary Przydziału.

Och, doprawdy, profesorze Slughorn – żachnęła się pani Black. – Jeśli mnie pamięć nie myli, Minerwa ukończyła Gryffindor. Ród Blacków od wieków związany jest ze Slytherinem. Jestem pewna, że powita pan mojego Syriusza jako Ślizgona w swoim domu.

Masz znakomitą pamięć, Walburgo – prychnęła kobieta nazwana Minerwą. – Musisz więc również pamiętać, że rodzina McGonagallów od zawsze uczyła się w Ravenclawie, więc przynależność do domu nie jest dziedziczna. Jestem pewna, że tak wspaniałomyślna kobieta jak ty nie pozbawi Gryffindoru szansy pozyskania wybitnego ucznia.

Syriusz był pewien, że wypowiedziała te słowa w wybitnie pejoratywnym znaczeniu, ale poczuł respekt do tej drobnej kobiety, która najwidoczniej potrafiła zadbać o swoje interesy i postawić na swoim. Pani profesor musiała wyczuć, że trafnie odczytał jej słowa, bo nagle jej twarz złagodniała i zwróciła się bezpośrednio do niego.

Nie chciałbyś zostać Gryfonem? – zapytała dobrodusznie. – Myślę, że powitano by cię z entuzjazmem w moim domu.

Syriusz wzruszył ramionami. Nigdy nie brał pod uwagę możliwości dostania się do któregoś z domów poza Slytherinem. Pomysł wydał mu się dosyć szalony.

Jestem pewna, że cokolwiek zdecyduje Tiara Przydziału, z pewnością pan Black będzie usatysfakcjonowany – wtrąciła się inna czarownica, która najwidoczniej przysłuchiwała się rozmowie.

Dobry wieczór, Pomono. – Dobry humor pani Black ulotnił się tak szybko, jak się pojawił. – Wybaczą mi państwo, ale muszę powitać pozostałych gości.

Skinęła głową, spojrzała znacząco na syna i ruszyła dalej, a Syriusz mógłby przysiąc, że usłyszał ciche „co za tupet”, gdy przechodziła obok. Zawahał się. A może by tak dać nogę, zanim się zorientuje, że nie poszedł za nią? Nie zdążył jeszcze zdecydować, gdy poczuł rękę na swoim ramieniu.

Spojrzał zaskoczony na czarownicę, która wtrąciła się wcześniej do rozmowy.

Nie masz lekko, co? – zachichotała.

Syriusz skłonił się lekko, czując się co raz bardziej zmieszany.

Musimy już iść, Pomono – wtrąciła profesor McGonagall. – Przypominam ci, że przyszliśmy tutaj tylko na prośbę minister magii.

Zerknęła na chłopca.

Proszę nie brać tego do siebie, panie Black – powiedziała. – Nauczyciele nie powinni pojawiać się w domach swoich podopiecznych.

Nie biorę – przyznał Syriusz. – To nie moje przyjęcie. To matka…

Wzruszył ramionami po raz kolejny, a pani profesor uśmiechnęła się lekko.

Jest pan ulepiony z innej gliny niż pana matka, panie Black. To moja prywatna opinia, rzecz jasna – dodała szybko. – Znałam pana matkę w wieku jedenastu lat i zapewniam, że podchodziła do życia nieco bardziej ekscentrycznie. – Zlustrowała jego drobną sylwetkę przeciągłym spojrzeniem. – Będę zaskoczona, jeśli nie okaże się pan wspaniałym Gryfonem.

I odeszła szybkim krokiem, zostawiając Syriusza z mętlikiem w głowie i zdezorientowaną miną. Pozostali nauczyciele wymienili spojrzenia i ruszyli za nią. Najwidoczniej chcieli przywitać się z minister magii zanim wyjdą.

Matka uświadomiła sobie jego nieobecność po paru minutach i nie omieszkała ukarać go za to dodatkową godziną męczarni w towarzystwie dziadka Arkturusa, który zanudzał wszystkich opowieścią o Orderze Merlina. Już po piętnastu minutach zamarzył o tym, by zniknąć, a oczy wciąż uciekały mu w stronę drzwi, gdzie wujek Alfard opowiadał jakąś anegdotę, a Regulus tarzał się po dywanie ze śmiechu.

Zegar wybił godzinę ósmą. Wielu zaproszonych podziękowało już za gościnę. Poniedziałek dobiegał końca, a więc większość z nich błądziła myślami przy wtorkowych obowiązkach. Kiedy dzwonek do drzwi frontowych rozległ się ponownie, nawet gospodyni była zaskoczona. Sama pogrążona w rozmowie z Lukrecją i dziadkiem Arkturusem, wysłała na dół Stworka – skrzata domowego.

Przyszli goście do pana Arkturusa, moja pani – zaskrzeczał Stworek, pojawiając się ponownie w drzwiach salonu.

Goście? – zdziwiła się pani Black. – Zaproś ich do środka Stworku.

Syriusz odwrócił się w stronę drzwi i przyjrzał się przybyłym z ciekawością. Mógł się założyć o tysiąc galeonów, że kobieta, która przekroczyła próg musiała pochodzić z rodziny Blacków. Kruczoczarne włosy spięła w niedbały kok, ale poruszała się z wdziękiem godnym rodziny królewskiej. Omiotła spojrzeniem pomieszczenie i zlokalizowawszy dziadka Arkturusa ruszyła w jego kierunku śpiesznym krokiem. Tuż za nim dreptał niepozorny chłopiec z rozczochraną czupryną i dużymi ciemnymi oczami.

Kuzynie… – rozpostarła ramiona i uścisnęła dziadka Arkturusa.

Dorea, moja kochana – ucieszył się dziadek. – Moi drodzy, mam nadzieję, że pamiętacie moją kuzynkę Doreę – zwrócił się do zgromadzonych, po czym dodał z wyrzutem: Tak rzadko bywasz na przyjęciach.

Jakże bym mogła zapomnieć – mruknęła z ironią matka. – Toż to moja ukochana ciotka. Nie sądziłam, że się dzisiaj pojawisz. Ojciec nic nie wspominał.

Przyszłam tylko złożyć życzenia.

Nie zostaniesz? – zasępił się dziadek.

Uśmiechnęła się przepraszająco.

Nie mogę, Arkturusie – powiedziała. – Nie mogłam przyjść wcześniej. Obowiązki zatrzymały mnie w Ministerstwie. A jutro musimy wybrać się na Pokątną.

Wyciągnęła rękę do chłopca, który wciąż czaił się za jej plecami, i objęła go ramieniem.

Poznaliście już Jamesa? – zapytała, przyciągając go do swojego boku. – To bratanek mojego męża. Przyjechał do Londynu, żeby zrobić szkolne zakupy. Rozpoczyna właśnie naukę w Hogwarcie.

Chłopiec uśmiechnął się nieśmiało i pomachał ręką. Pani Black prychnęła cicho.

James, to są moi krewni – powiedziała Dorea łagodnym tonem, a Syriusza uderzył fakt, że zwraca się do niego jak do dorosłego. – Kuzyn Arkturus i jego córka Lukrecja, moja bratanica Walburga, Ignatius – mąż Lukrecji, Melania – żona Arkturusa, mój brat Pollux i siostra Cassiopeia – mówiła, wskazując kolejno czarodziejów i czarownice zgromadzonych wokoło. – A to musi być syn Walburgi. Syriusz, prawda?

Uśmiechnęła się do niego serdecznie i wyciągnęła rękę. Syriusz uścisnął ją, wpatrując się z rosnącym podziwem w tę postać. A jednak istnieją ludzie o nazwisku Black, którzy są sympatyczni i nie zostali wyklęci przez rodzinę.

Kiedy widziałam cię po raz ostatni, byłeś jeszcze niemowlakiem – przyznała Dorea. – Zdaje się, że ty i James jesteście rówieśnikami. – Spojrzała wyczekująco na swojego towarzysza. – No, James, przywitaj się.

Chłopiec wydawał się trochę skrępowany, ale posłusznie zrobił krok w stronę Syriusza i wyciągnął drobną rękę.

James, James Potter – przedstawił się.

Syriusz Black.

Nieśmiały uśmiech zagościł na twarzyczce Jamesa.

Chodzisz do Hogwartu? – zapytał. – Mama mówiła, że jesteś ode mnie starszy…

Nie, jeszcze nie – burknął Syriusz. – Nie skończyłem jeszcze dwunastu lat.

Zapadła niezręczna cisza, którą ostatecznie przerwała pani Potter.

Zdaje się, że obaj w tym roku zaczniecie naukę. To miło. – Uśmiechnęła się jeszcze promienniej, po czym zwróciła się do pozostałych:  Przepraszam was bardzo, ale chyba musimy się zbierać.

Skłoniła się lekko zebranym.

Wszystkiego najlepszego, Arkturusie.

Szturchnęła lekko Jamesa.

Rodzice przesyłają najlepsze życzenia, proszę pana – powiedział niechętnie.

Uroczy młodzieniec – zawołała Cassiopeia. – Nie wiedziałam, że masz takiego grzecznego bratanka.

Bo nas nie odwiedzasz – pożaliła się Dorea. – Naprawdę musimy już iść, Charlus czeka na nas w domu.

Pozdrów męża – pożegnał ich dziadek.

Do zobaczenia w pociągu – powiedział cicho James i pomachał Syriuszowi.

Opuścili salon, a za nimi jeszcze paru innych gości. Pomieszczenie pustoszało powoli. Ostatni goście zostali zaproszeni na wystawną kolację, którą podano na odświętnie przybranych stołach w sąsiednim pokoju. Syriusz skorzystał z zamieszania, wykręcił się z przyjęcia bólem brzucha i uciekł po schodach na trzecie piętro. Wpadł do swojej sypialni, po czym starannie zamknął drzwi na klucz.

W końcu było po wszystkim. Gwar na dole powoli zamieniał się w pijackie śpiewy, więc pół godziny później usłyszał, jak drzwi pokoju Regulusa zamykają się z trzaskiem – matka musiała uznać, że dziesięciolatek nie powinien oglądać gości w takim stanie.

Syriusz zrzucił z siebie szatę, ubrał piżamę i wskoczył do łóżka. Zerknął na czerwoną książeczkę. Gdyby teraz próbował zapisać wszystko, co kłębiło mu się w głowie, z pewnością zabrakłoby w niej stron. Zobaczył dziś zbyt wiele twarzy, usłyszał za dużo słów. No i jeszcze te dziwne rozmowy z Andromedą, profesor McGonagall i Doreą Potter. Miał wrażenie, że coś zaczęło się w jego pokręconym życiu. Może jednak nie będzie ono wyglądało tak ponuro, jak zawsze sobie to wyobrażał? Może jednak da się jeszcze zmienić wyrok, który zawieszono nad nim w dniu urodzin? Może…